Dominik z dzielnym, niebieskowłosym wolontariuszem Albertem.

Ja z dzielnym, niebieskowłosym wolontariuszem Albertem.

 

Czynnie i stale angażuję się w sprawę LGBT+ dopiero od kilku miesięcy i muszę przyznać, że pierwsze skojarzenia z aktywizmem społecznym, które posiadam, są wyjątkowo ciepłe. Akurat wychodziłem z depresyjnego dołka i trafiłem do miejsca, w którym udowodniono mi, że moje umiejętności potrafią być użyteczne. Poczułem się doceniony, a żeby tego było mało, poznałem masę ciepłych i podobnych do mnie osób. Zauważyłem, że mogę zmieniać świat i że nie jestem osamotniony w tych chęciach. To naprawdę jest w stanie dodać skrzydeł nawet, jeśli znajdujesz się w jednym z gorszych momentów swojego życia.

Przychodząc do Fabryki Równości i starając się o członkostwo z góry jednak znałem „ciemną stronę” mojej decyzji. Polacy, w tym środowisko LGBT+ z dużym naciskiem na G, nie przepadają za naszą walką o podstawowe prawa człowieka. Uznają formę prowadzonych działań za zbyt jaskrawą, natrętną, rzucającą się w oczy lub, o zgrozo, zbędną. Decydując się na włączenie do walki o lepsze, tęczowe jutro z góry wiedziałem, że w dużym stopniu moje własne środowisko przestanie patrzeć na mnie łaskawie. Mimo wszystko nie uznałem tego za duży problem – skoro przeszkadza im to, jakie wartości wyznaję, i to do tego stopnia, że woleliby mnie nie znać, to droga wolna! Czuję się dobrze z tym, kim jestem i nie mam zamiaru zmieniać tego pod publiczkę.

Mam wrażenie, że większość  ludzi w naszym kraju nawet nie zadaje sobie pytania – „Co to znaczy być aktywistą?” Bo po co tracić czas na aktywizm, po co się wychylać i angażować? Czy to gra warta minimalnego wysiłku, daje nam coś w zamian? Według większości, nie – dla nich przepisem na komfort jest spokojny żywot bez zbędnego ściągania na siebie uwagi. Nie winię ich za to, bo i bez aktywizmu mamy na głowie wyjątkowo wiele zobowiązań i zmartwień. Poza tym tak nas wychowano, odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponosi bierna szkoła i słabo wspierające integrację obywatelską państwo.

Odpowiadając ostatecznie, co znaczy dla mnie bycie aktywistą LGBT+ – ciepło, docenienie i walkę o dobrą sprawę, w którą definitywnie wierzę. Poza tym, jest to dla mnie możliwość szlifowania swoich mocnych stron i wzmocnienia słabych. Nie myślałem, że kiedykolwiek będę miał okazję opiekować się sensowną strona internetową, a co dopiero koordynował działania redakcji organizacji jako redaktor naczelny!

Bycie aktywistą jest fajne nawet, jeśli nie możesz poświęcać temu zbyt wiele czasu. Każda chwila spędzona w imię sprawy, w którą wierzysz, jest dobra!

Kategorie: Aktualności